Opowiadanie pod tytułem "Sułtani Tureccy"

Zaczęło się od samolotu i tego co było przed nim. Jechaliśmy pociągiem jakoś tak dawno, ale razem, tak w oddali, ale tak blisko. Gdzieś, kiedyś, w pociągu. I tam jechaliśmy na samolot. I pamiętam kupowane przez nas paczki Rothman’s King Size. Uczyłem się dopiero siebie, i każdy mijany przez każdego człowiek też. W samolocie lecieliśmy i dzięki Tobie pierwszy raz się uniosłem ponad chmury. Lecieliśmy do kraju mocnej, słodkiej herbaty i chałwy. Do Turcji. 

Tam, Drogi Ojcze, w Turcji byliśmy szczęśliwi. 

Częstowaliśmy się arbuzami, dobrą kawą hotelową, basenem i ciepłym, pomarańczowym, aksamitnym Słońcem. 

To Słońce pamiętam jakie było. Takie nasze, namacalne, artystyczne. 

Mieszkaliśmy jak Sułtani Stambulscy. Białe, wapienne ściany, okiennice, kuchnia i bardzo cienka kołdra, co nas dziwiło, bo to przez ten gorąc. 

I jakoś tak mogliśmy patrzeć z okna na morze. Morze inne, nieznane, przeniesione. 

Morze Tureckie wśród ziem, śródziemne. Śródziemne pełne przygód, statków, tropikalnych ryb, gościnnie rekinów, pełne greków, chorwatów, włochów. 

I woń tego morza była taka dziewczęca. 

Jakby iść po tej plaży w białych spodniach i lnianej koszuli, gdzieś gdzie nigdy jeszcze się nie było. I patrzeć przed siebie. Wśród ziem. 

Morska bryza oświeca gdy jest wyczuwalna. Morska bryza to ten jeden, wymarzony pocałunek za którym goni się całe życie. 

Tam, Drogi Ojcze, dzwoniły do nas telefony od organizatorów wycieczek. 

Tam pływałem z delfinami i oglądałem ich akrobacje. 

Kupiłeś mi wszystkie zdjęcia, jakie nam zrobili w tym egzotycznym delfinarium. 

Kawę piliśmy i żyliśmy jakoś tak El Sol. Jakoś tak Soleil. 

Pamiętam kochany Tatusiu jak tańce były i obiady i przygody. 

Piracki statek przemierzał przezroczyste, czyste morze pełne neonowych ławic. 

Na horyzoncie prastara konstrukcja warowna. 

Skoki do wody, niedostępne plaże. 

Szwedki były takie jasnowłose i normalne. 

Poznaliśmy w tym przeniesieniu rosjan, turków, polaków, niemców. Każdy miał swój charakter. 

I był na naszym hotelowym podwórku taki sklepik u starszej, tureckiej pani. 

W tym sklepiku mieli takie produkty, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. 

I jak dziecko się cieszyłem. 

Magią tego miejsca był fakt, że Pani miała przy sobie trudno dostępne dwudolarówki. 

I zakochała się we mnie jakaś kelnerka i mi to powiedziała. 

Nasz aparat Konica Minolta świetnie się sprawował. 

Wziąłeś ze sobą popielniczkę ze stołu. 

I na targu tyle zapachów, podrób, niebieskich sprite’ów, conversów, papryczek chili, kardamonu, zestawów przypraw z młynkiem. I ten cudowny turecki gwar, arabska dusza, muzułmańska melodia, przeróżne klaksony i miłość. 

Nigdy nie zapomnę naszej wycieczki, Drogi Tato. 

Jak spełniły się wtedy nasze marzenia. 




Komentarze

Popularne posty