Opowiadanie pod tytułem "Paryska Róża"

Pod wieżą eiffla pewna starsza kobieta sprzedawała róże. 

Kurcząca się o 18 centymetrów w zimę stalowa, seksowna konstrukcja była dla tej kobiety jedną z tych róż. Babcia imieniem Lily świadoma była tego, że żyje w sentymentalnym, romantycznym centrum miłości. Zakochani z całego świata zjawiali się w tym miejscu, jakby szli za jakimś wonnym kwiatem romansu. Szampan, Paryż, francuskie śniadanie, truskawki i bita śmietana, dobre, drogie marki ubrań,  akordeon, róża kupiona od kwiaciarki. To dość stereotypowe zestawienie, a jednak dalej żywe i prawdziwe. Tak jakby stolica Francji była też stolicą wszystkich zagubionych Serc, artystów, Juliana Caraxa. 

Pewnego kawowego dnia, interes kwitł kwiaciarce jak jej róże, które kwitły w Słońcu. 

Jedna róża sprzedana, druga, trzecia. Lily zastanawiała się, czy to przypadkiem nie przez ustawienie księżyca i planety Wenus. Była raczej samotną kobietą, bo widziała duszę, kosmos, miłość. 

Około godziny 16, kiedy Słońce było już w podwieczorkowym zawieszeniu, do kobiety podszedł pewien mężczyzna. 

Facet ten chciał kupić kwiat, nikogo to nie dziwiło. 

Podszedł, uśmiechnął się. 

Doszło do krótkiej pogawędki: 

- Dobra pora na café au lait… - powiedział kupujący. 

- Oui, oui. I na miłość.. Choć chyba zawsze jest pora miłości.. - odpowiedziała Lily. 

- Też tak uważam. Co więcej, być może to my jesteśmy miłością? 

- A kim? Przecież nie nienawiścią. - postanowiła. 

- Tylko, że to my, my. A oni? 

- Oni też, tylko że ich nie ma. Jak ma Pan na Imię? - spytała Lily. 

- Mówią na mnie Soleil. 

- Jestem Lily.. Soleil… Wiem co to oznacza. Czy to przypadek, Soleil? 

- Nie ma przypadków. Jesteśmy tu teraz. To nie przypadek. Czytają o nas, to też nie jest przypadek. 

- Czym będzie nasze hasło, skoro nie przypadkiem jesteśmy tu, by przekazać pewne wieści? - spytała Lily świadoma tego co się dzieje. 

Soleil przemówił: 

- Skoro jesteśmy tu i wieść, zrządzeniem metafizycznym niesie się poza Paryż, to niech czytelnicy wiedzą, że ja, Soleil, czyli Słońce, nieprzypadkowo przypominam o gwieździe, jaka leży w każdym z nas. O gwieździe miłości, o gwieździe Jezusa, o gwieździe Buddy. O świetle dobroci. Nie przypadkiem, nim naprawdę będzie potrzeba, by to wiedzieć. O cieple, a nie chłodzie, o dobrej karmie, o dobrych uczynkach, a nie o przemądrzałych banknotach i plotach naukowych. Miłość jest Bogiem, a Bóg jest miłością.  - powiedział Chrystus i mówię ja, Soleil. 

Lily zrozumiała. Gdyby nie Słońce, nie mogłaby sprzedawać róż. I była dumna, że zauważa ten piękny proces ciepłego oświetlania i otulania rośliny, która wydaje na świat cudowny owoc czy kwiat, a jej ulubionym prezentem od Słońca była właśnie róża. Żyła w Słonecznym świecie. 

- Od dziś Lily, jesteś różą. - powiedział Chrystus. 

- Zawsze nią byłam. - szepnęła Lily, bo jej marzenie właśnie miało się spełnić. 

Soleil wypowiedział mantrę i zniknął. Lily zniknęła. 

Pod wieżą Eiffla, w centrum kawowego, croissantowego Paryża stało otwarte, puste stoisko z czerwonymi pięknościami. Na prowizorycznej ladzie majestatycznie kołysała się podpisana doniczka z sadzonką krzewu różanego. 

Akurat przechodził obok bezdomny imieniem Charlie. Był Londyńczykiem, który trafił do Paryża w sprawie artystycznej, jednak nie miał szczęścia. 

Przeczytał napis z doniczki: 

„Posadź mnie w cichym, Słonecznym miejscu, a urosnę dzięki Tobie. I będzie Ci dane za ten czyn.” 

Charlie wziął roślinę ze sobą. Przeszedł kilka kilometrów, dochodził już wieczór. Zapach ulic, które przemierzał był mandarynkowy. Mijani ludzie byli psychodeliczni, jakby tkwili w jakimś śnie. Środki komunikacji miejskiej krzyczały, jęczały i dudniły po cichu. Widok zakochanych par przy lampce Prosecco wzbudzał w nim wzruszenie i łzy. 

Znalazł się na Rue de Rose. 

W małym cichym parku z fontanną o wizerunku bogini greckiej, w dębowym, Słonecznym i cichym zakątku chciał posadzić różę. Do tego parku mało kto przychodził, bo był zbyt magiczny, by ludzie go odwiedzali. Ludzie woleli raczej coś pstrokatego, sądził Charlie. Woleli fontanny z wilkami czy meduzami. 

I kiedy Charlie przysypał różę ostatnią garstką gruntu, kiedy ostatecznie przyklepał swoją biologiczną konstrukcję, coś w jego życiu się zmieniło. 

Poczuł ogromne, przeszywające ciepło w swojej klatce piersiowej. Tak jakby uniósł się bardzo wysoko, jednocześnie opadając bardzo nisko. 

To chyba mój koniec, doczekałem się tego momentu. - szepnął pod nosem Charlie. 

Lecz to nie był koniec i wiedział to Soleil. 

W parku znów pojawił się Słoneczny mężczyzna, który zarządził:

- Za czyn bezinteresowny, miłosny, romantyczno-francusko-erotyczny, uwalniam Cię od Ciebie samego. 

I Charlie umarł. 

Lecz siedział dalej na ławce w tym samym parku. Róża już kwitła. I przysiadła się do niego kobieta o kocich oczach. Jakimś cudem dla Charliego było to, że czuł się czysty i bogato ubrany. Tylko, że nie znał już swojego imienia. 

- Doznałeś śmierci ego. - pocieszyła go Maryja Magdalena. 

- Nazywam się Soleil, czyli Budda, czyli Chrystus. - odpowiedział. 

I pocałowali się namiętnie, tak jakby już nigdy nie mieli przestać się całować. 

I cały Paryż trąbił, kwitł, tańczył i rzucał croissantami maczanymi w cafe. Gdzieś w oddali słychać było Orkiestrę Samotnych Serc Sierżanta Pieprza. 

I żyli długo i szczęśliwie. 

Oto słowo Pańskie. 




Komentarze

Popularne posty