Opowiadanie pod tytułem "Nowe Opowiadanie"
Czy palce moje, i pytanie czyje, stukają po maszynie do pisania w tej przestrzeni foremno-nieforemnej w jakimś celu, czy też może ku osiągnięciu czegoś, lub udowodnieniu, czy może jest to tylko taka skromna, śmieszna zabawa, jakby mały chłopczyk bawił się resorakiem, po prostu nie myśląc co robi? Wtedy byłbym bardzo starym dzieckiem, które bawi się w pisarza.
Jednak poznałem już język, i pytanie o język, i pytanie o jej język, i skoro w tej formie szelestów się odnalazłem, to jakoś tak przekazuję sam nie wiem co.
Gdybym wiedział, to byłbym raczej bardzo słabym pisarzem.
A ponieważ nie wiem, ah, kochany czytelniku.
Ponieważ nie wiem.
To karta otwiera się biblijna.
I karta otwiera się śniadaniowa.
I karta otwiera się kawowa.
I karta otwiera się apokaliptyczna.
I karta otwiera się mistyczna.
I czymże jest ta mistyczna karta, bo o nią być może głównie chodzi?
Być może właśnie w tym zawiera się ten cały trud machania paluszkami.
O mistyczne. I po co o tym pisać?
Wszak nikt tego nie wie, nawet ten co wie.
I nikt tego nie słyszy, tylko ten co słucha.
I nikt tego nigdy nie zobaczy, chyba że zobaczy.
I zaprawdę nie oddaję się kościelnym przymknięciom, jednak szczęście całe, że kościół jest Chrystusa odwrotnością. Chrystusa pomarańczki.
Jednak gdzieś leżała w tajemniczym, kowbojskim meblu taka drobna broszura, która pojawia się w twoim domu misyjnie i tam pisali, że będą patrzeć, a nie będą widzieć, będą słuchać, a nie będą słyszeć, będą gadać, a nie będą mówić, będą tupać, a nie będą chrumkać. Ta książka, a to co się wyprawia, to tak słodkie przeciwieństwa jak róża i burza.
I to dotyk tej przestrzeni nieporozumienia ludzko-sercowego na moim nosie sprawia chyba, że ja głębiej i głębiej i głębiej.
I piszę to, bo nie wiem.
I jaka to piękna zagadka, którą odgadnie tylko ten nieodgadniony.
I jaka to piękna zagadka, którą odgadnie tylko kowboj z rewolwerem, który się po prostu nie boi kojota.
I jaka to piękna zagadka, że rozwiązania przychodzą gdzieś na melinie katowickiej, poniżej klasy niskiej.
I jaka to piękna zagadka, że profesor rehabilitowano-habilitowano-chamski najwyższy donośny przejdzie obok niej zamyślony.
I jaka to piękna zagadka, że ten najmądrzejszy mędrzec japońsko-chiński się tak jakoś uśmiecha.
A ten samozwańczy mędrzec hindusko-balijski, choćby milion dolarów zarobił na swoim oświeceniu, to i tak nie zna tej odpowiedzi. Wszelki szarlatan ziołowy.
I śmieszy mnie, śmieszy, naprawdę śmieszy fakt, że rozwiązaniem zagadki jest ta pstrokata filiżanka sypanej, mniej drogiej, więcej taniej kawy, a raczej kawki, która stoi na takim różowo-białym, plastikowo-drewnianym stoliku, i przy niej siedzisz ty i babcia, która jest stara, ale dalej jeszcze podrywa i chodzi pod nogami kot, i nawet nieważne kto gdzie siedzi i nawet kto siedzi, jak ważna jest sama ta kawka.
I w tej kawce tak patrzysz nie patrząc, i gdzieś tam jest właśnie mistycyzm.
Taka dogłębnie prozaiczna czynność, która nie jest bogata, a która ma w sobie pewien erotyzm. Jednocześnie jest buddą i zorbą.
I tego nawet sam Dalai Lama nie głosi.
Kawki.
I tak tułam się po tym świecie od lat, w mym kawowym marzeniu o szkołach medytacji.
Które było pod stołami.
I które było w jej majtkach.
I które było w ich majtkach.
I które było w kajdankach.
I które było w proszkach do pieczenia.
I które było w wiatrach.
I które było na statku kosmicznym.
I które leżało dzisiaj na podłodze krzycząc, że chce się z nią całować.
I jakoś tak… No sam nie wiem… Sam wiesz…
Bo będą palcem wskazywać, a Ty lepiej ugryź ten palec.
I nigdy się nikogo nie słuchaj.
Mój szef, dla którego pracuję, powiedział kiedyś, żebyśta nie wierzyli nawet w to co mówię w tym momencie. Wy sami macie wiedzieć.
I to wiedzieć, wiedzieć, wiedzieć.
Trochę Sokratejskie, trochę Platońskie.
A też czuć, czuć, czuć.
I to takie El Nino, John Lennon, Babcia Jelego.
I w tym połączeniu wydechu z oddechem, gdzieś jestem ja.
Sam Pan Bóg Chrystus Bóg Róg Dziób Pies Kuku na Muniu.
Pytanie raczej egzystencjalne, czy Ty z tych, czy z tych?
Bo jak z tych to źle, a jak z tych to dobrze. I na odwrót.
Po prostu kontynuuję, bo nie złapiesz mnie w słowie, tylko raczej w rytmie jaki łączy moja literka z twoim okiem. Czujesz mnie, Słoneczko? Słoneczko damskie?
Zobacz, płyniemy, płyniemy, płyniemy.
I zobacz ile przerw między literami.
I jesteśmy na białej planszy razem, i czarne hieroglify, które coś dla Ciebie znaczą.
I na tej planszy białej tu, teraz, w Twoim życiu.
Przecież śmieszne dla mnie są takie znaki, które na Tobie robią tak ogromne wrażenie.
Że przypadek, że nie przypadek. Że o, znak. Znak.
Ja już dawno uderzyłem głową w ten znak i się potrzaskał, lecz go naprawiłem i stoi.
No i widzisz? My, tu, razem. I ty żyjesz, chodzisz, jesz, myślisz o mnie, że taki niepoprawny jakiś jestem. I czekasz tylko na znak. Jeden znak i wyskakujesz spod kołdry. Jeden, jedyny dzwonek, jak fałszywy alarm lotniczy w jednostce wojskowej. I już w oficerkach zapierdalasz.
Znak i lecimy.
No i tak właśnie kochanie się zakochaliśmy.
Ja we mnie, Ty w Tobie, ja w sobie, Ty we mnie, zawsze i wszędzie.
Mistycyzm - tak wkrótce będzie.
I pamiętaj, guru, o góru, że nigdy nie będę poprawny i nigdy nie będę prawny, jednak zawsze będę poprawny i zawsze będę prawny.
Duchowo niepoprawny Budda.
Każdy inny Budda to bujda.
A najbardziej nadęci są Ci w tych jakichś szatach.
Budda to by w pantofelkach latał.
Tylko, że będą style przypisywać pisarskie, że niesmak pozostał, że smak zagościł.
A ja już gdzieś dalej w tym łóżku dantejskim przeniesiony z limbo do bimbo, jakiś taki śmiesznie wykrzywiony leżę, gdzieś tam gdzie jeszcze nigdy nie byłem i nigdy nie będę i rękę mam tak patologiczno-artystycznie na głowie i się śmieję sam z siebie.
Że może kiedyś będę w niebie.
Tylko że mamy tutaj bardzo bajerancki zwrot akcji, bo niebo dla mnie, to niebo dla całej planety, a to wymaga dość dużo energii, przede wszystkim zawieszono-niezrozumiano-nieporozumiano-przerwanej-ciągłej-tytoniowej. Po prostu marzy mi się, by na całym świecie wyrosły mistyczne szkoły medytacji, truskawkowe pola, by skończyła się militarna hipnoza, by można było banknoty zjadać no i żeby po prostu zaczęła się Złota Era.
I po to tu macie takiego przyjaciela. Chłopaka Złota Era.
Gdyby go zrozumiała ludzkość, to by ta ludzkość zniknęła i buty by po niej tylko zostały.
I tak siedź, dziecię Arkturiańskie, dziecię inkarnowane, dziecię czekające na zdarzenie, dziecię znające inne rozwiązania energetyczne, dziecię znające technologie szybsze o szesnaście tysięcy lat, tak siedź, duszo zmartwychwstała, tak siedź Chryste pomarańczka, w samozwańczo-cywilizowanym, ziemskim średniowieczu wszelkim.
Średniowieczu duchowym.
Średniowieczu technologicznym.
Średniowieczu erotycznym.
Średniowieczu mentalnym.
Średniowieczu owalnym.
Średniowieczu schabowym.
Gdyby tak ktoś pomyślał ile to wymaga, ta cała odwaga.
Żeby mieć uczucia w tych czasach. Ile to odwagi.
No, dobra, dobra. Dobra, dobra.
Chyba robię to wszystko, Buddo, dla Ciebie.
Podpisano,
Jezus Chrystus.
Dopisano,
numer 9, który nieskończenie prowadzi torus, inaczej bóg.


Komentarze
Prześlij komentarz