Opowiadanie pod tytułem "Julia"

Zawsze najbardziej bolał ją chłód. 

Ten moment, kiedy głowy bliskich były zajęte i zostawała sama, ten trudny moment śniegu, dymu z papierosa i samotnej nocy. 

Opisywała to jako taki ból, który wyśmieje każdy psychiatra. Psychiatra raczej nie rozumie uczuć, w końcu sam nie żyje zgodnie z nimi.

Przychodziła zima, a czasem było to lato. Nawet jeśli rzeczywistość nie była taka, to Julia i tak zagłębiała się w swoją melancholię. Tak jakby na własne życzenie cierpiała, bo czuła wtedy życie. 

Chłód ludzki zabijał ją, ale ona maniakalnie ostrzyła tylko zęby na miłość. 

Im zimniej było, tym ona więcej ciepła pragnęła. 

I tak właśnie z egzystencją się komunikowała. 

Bo egzystencja bywa zimna jak węgiel trzymany na dworze, a ona zawsze pragnie słońca. I zawsze o to słońce prosi. I tak rozmawiają.

Otwarte lekko okno, dym z niebieskiego camela i oczekiwanie na lepsze jutro.

I tym lepszym jutrem żyła, tą nadzieją na pobudkę czegoś, w co nie wierzą nawet ludzie uznawani za guru. 

Nadzieja na miłość.

Czasy się zmieniają w każdej chwili, jednak po glebie tej powszedniej chodzą ludzie jednego Serca. 

To samo Serce w różnych momentach.

W momentach romantyzmu, w momentach renesansu, w momentach egipskich czy jamajskich. 

Jedna wspólna wiadomość, która łączyła Julię z Adamem Mickiewiczem.

Cierpieć za miliony i być Sercem. 

Jednak ten chłód, który nigdy jeszcze nie był tak chłodny.

Chłód współczesny, chłód cywilizowany, chłód nauczony, chłód salonowy. Wreszcie, chłód elektroniczny. 

Tak jakby biologia niebieska była teraz procesorem, trybem, spaliną. 

Widziała w ludzkości roboty. Jak robot uprawia seks z robotem? 

Szły po ulicach tłumy metaliczne, tłumy rtęciowe. 

I ona im piękniejsza się stawała, tym bardziej nienawidzona była. 

Im bardziej wierzyła w boga, tym mniej porządku widziała.

Im ona była bliżej, tym jej ukochany był dalej. 

Im ona więcej ciepła dawała, tym więcej zimna dotykała. 

Jej włosy stawały się lśniące i jej koleżanki chodziły po ulicach z nożyczkami.

Wsłuchiwała się w melodie telewizyjne i słyszała tylko charkające połączenie z FAXem. 

I gdzieś tak żałowała, że jej ukochana przyjaciółka, choć tak doszczętnie piękna, to w chłodach zniknęła, zaplątana w kabel telefoniczny, szurająca nowymi adidasami po uniwersyteckich korytarzach. 

Tak doszczętnie piękna, a nie odpowiadała na uśmiech. Tak doszczętnie piękna, a przestraszona. 

I boli patrzeć jak brat ucieka, i boli patrzeć jak o poranku w tych zimach Radiohead akompaniuje, i boli patrzeć jak człowiek człowiekowi komputerem i boli patrzeć jak sarna je mięso. 

I tak Julia patrzyła w Słońce, nawet kiedy było za chmurami. 

I przyszedł do niej kiedyś anioł i powiedział, że czasy się zmieniają. 

A ona była tak doszczętnie piękna. Sztuczne, plastikowe drzewa stanęły w miejscu tych naturalnych. 

Mężczyźni wypłukali już cały swój sen o kobiecie we własnym telefonie. 

Kobiety zaczęły karmić trutką. 

A wódka jeszcze nigdy nie była chłodniejsza. 

I tak, kap, kap, kap, każdego dnia przelewała się czara goryczy, znienawidzonej miłości, Jezusowej moralności i buddyjskiej dobroci. Dzień po dniu, ludzie o Julii zapominali, lecz ona przypominała sobie coś starożytnego. 

Coś w głębi jej miękkiego ciała było efemeryczne, coś podpowiadało jej o nieśmiertelności, coś mówiło jej o gwiazdach. 

I tak, Julia pewnego dnia została  faraonem. 

I faraon od pierwszego dnia kadencji kosmicznej zarządził, że doszczętnie piękna dziewczyna mordowana już nie będzie. I doszczętnie dobry chłopczyk pić już nie musi. 

I psychologów zastąpiła medytacja. I wyrosły pola truskawkowe, wśród których magiczni ludzie nowej świadomości delektowali się własną słodyczą.

Zrozumieli, że wszystko czego zawsze pragnęli, mogli dać sobie sami, w tej jednej, jedynej chwili. Nie potrzeba już aptek, nie potrzeba już prostytutek, nie potrzeba już likierów, ani polityków. 

Bo faraon utwierdził w przekonaniu wszystkich, że człowiek wystarczy. I nic więcej kupować nie trzeba. I przestał się człowiek sam siebie wstydzić. I skończyło się nieokazywanie uczuć. I koniec był wynaturzenia. I koniec był tabu. I początek był życia w Słońcu. I początek był szkół mistycznych, gdzie wyciszasz się, a nie wydzierasz. I dzieci mogły spełnić swoje marzenia. I koniec przez to był chamstwa, jadu i świństwa. Rodzice się kochali, a dzieci to widziały. I ludzie stali się nadzy. 

A ona była tak doszczętnie piękna. Jak woda. Jej przyjaciółka tajemnicza. 




Komentarze

Popularne posty