Opowiadanie Jerychońskie

W tym opowiadaniu Jerychońskim bierze udział dwieście siedemdziesiąt tysięcy pół-ludzi, pół-harpii nadętych od pieczywa z najbliższego dyskontu, jedna sztuczna dyrektorka, żyrafa i wino Hiszpańskie. Co prawda postaci w tym opowiadaniu Jerychońskim jest znacznie więcej, ale nie było sensu wymieniać nawet tego co zostało wymienione. 

W pseudointeligentnym świecie, gdzie psy wstydzą się już merdać ogonem i zaczęły uczyć się logistyki, pod szafką z pieczywem z najdalszego dyskontu znajduje się sztuczna dyrektorka, która rozlała wino Hiszpańskie. 

Kobieta ta stacjonuje pod tą szafką tylko w godzinach popołudniowych ze względu na zbyt wysoką zawartość jodu w jej dietetycznych mirażach. Dlatego też nie może się ona pojawić pod tą szafką rano, ani wieczorem. Ekspedienci i interesanci, również bałamuci, znajdują ją tam tylko popołudniu. 

Tak stało się też dziś. 

Pewna żyrafa która przestała jeść liście, bo tak zakazano w jej ulubionych źródłach informacji etycznej, udała się do najbliżej położonego najdalszego dyskontu, by kupić pieczywo. 

Gdy już była w sklepie i stanęła w pobliżu szafki z wydymającym pieczywem, coś chwyciło ją za nogę. To była kobieta, która bardzo dużo mówi, ale nie mówi nic. Tak jakby jej wściekłe opowieści miały coś wnieść, a dzieje się odwrotnie, gdyż jej opowieści sprawiają, że pracownicy budowlani wynoszą pralki, nie wnosząc nic. 

Żyrafa schyliła się ku tej tajemniczej jednostce. 

Nie było to proste wyzwanie, ponieważ kosztowało to dwanaście tysięcy złotych. Długa szyja żyrafy strąciła z najbliższego, najdalszego dyskontu komputer systemu Macintosh. 

Mimo tej fatalnej pomyłki, niczym przesolona zupa, żyrafie udało się skomunikować z kobietą wściekłą na migi. Jakoś udało im się dopracować język oparty na gwizdach, szeptach i machnięciach kopytami. 

Sklepowe, popołudniowe femme fatale miało tego dnia coś do powiedzenia. 

Nie było jej tego dnia w pracy, ponieważ z reguły zajęta jest robieniem czegoś innego, na przykład tworzeniem nieporozumień czy udawanymi oklaskami. 

Sklepowy gość irracjonalny żeńskiej płci przekazał żyrafie, która czekała schylona, aż wątek w opowiadaniu pójdzie dalej, że to wszystko jakby jest, ale tego jakby nie ma. 

Żyrafa nie rozumiała. 

Kobieta wyglądała raczej na wykształconą, nie było przez to możliwości, by miała ona jakikolwiek samo-wgląd, by zdolna była do jakiegokolwiek myślenia samodzielnego. 

Po prostu wyglądała na wykształconą, a nie na inteligentną. 

W żyrafie coś się obudziło. 

- To wszystko jakby jest, ale tego jakby nie ma…- rzekła rządząca. 

- Ale przecież Ty jesteś mądra, jak możesz myśleć? - spytała żyrafa. 

- Wiesz, moje życie to tylko jedna wielka maska. Wydawało mi się, że ludzie nie widzą tego, jak od rana do poranka udaję. Jedno małe dziecko powiedziało mi ostatnio, że każdy to widzi. Dorośli tego nie powiedzą. A dziecko powie prawdę. Moje życie legło w gruzach. Oni to wszystko widzą. Dlatego każdego popołudnia odnajduję się pod tą filozoficzną szafką z wydymającym pieczywem. Wiesz dlaczego?  

- Dlaczego? - spytała żyrafa. 

- Ale co? - spytała kobieta obdęta. 

- No co? 

- Aha…. No bo tu jest pod tą szafką ukryty Sokrates. W przenośni. Bo on tu jakby jest, tylko, że jego tu jakby nie ma. 

- Utrudniasz to wszystko… - sapnęła żyrafa. 

- Ułatwiam, ułatwiam. To znaczy hyyyyyyyy, hyyyyyyyyyy. - jęknęła postać wściekła. 

- To mów mi… - odpowiedziała żyrafa. 

I nagle, z rogu znajdującego się pod zagadkową szafką wyszedł otruty Sokrates. Nie było go widać, ani słychać. Nie było go nawet czuć. Ale mimo wszystko był. Przynajmniej było to widoczne, słyszalne i odczuwalne. 

Sokrates odcharknął, rozejrzał się i chciał przekazać coś zgromadzonym. 

Lecz z racji tego odczucia i wrażenia, dołączyło do tej sytuacji dwieście siedemdziesiąt tysięcy pół-ludzi, pół-harpii. 

- Już? Wszyscy? - powiedziało niewidzialne. 

- Tak. - nie powiedział nikt. 

- Zatem Drodzy Państwo. Z tej strony Sokrates dyskontu. Ponieważ wino jest już rozlane i ponieważ kobieta wściekła doznaje śmierci ego, ponieważ żyrafa nie je liści, bo tego zakazują głosy elektroniczne, ponieważ człowiek to już nie człowiek. 

- To co? 

- To to jakby jest, ale tego nie ma.  

I ku zaskoczeniu zgromadzonych, z kajzerki wydętej, która leżała leniwie na szafce z pieczywem, ruchem obkręcająco-kończącym, tak zwanym gwoździem, zmaterializował się ze świata nie-materii druid zagórzański. 

I ten druid tak o. Machnął, zawąchał, odważył, podważył, zasrał, spojrzał trzecim okiem maślanym i zaczarował. 

I od tej tajemniczej, boskiej chwili surrealistycznej, to znaczy prawdziwie boskiej, a nie tej boskiej delegalizującej miłość, od tej tajemniczej chwili stało się następujące: 

Kobieta żądliwa żądlić przestała. Wino się napełniło. Mózg zaczął być mózgiem. Żyrafa wróciła na Sawannę. Dwieście siedemdziesiąt tysięcy pół-ludzi, pół-harpii przemieniło się w personifikacje boskiej kobiecości i męskości. Pieczywo przestało wydymać. Kobieta, którą autor chciał pocałować, została pocałowana. Chamstwo utopiło się we własnych płynach ustrojowych. Rodziny pseudo-boskie skazano na 100 lat pracy w kamieniołomach. Pseudointelektualiści, to znaczy ludzie wysoko postawieni spadli na kolana. I małpa zjadła banana. A autor przebił się wreszcie przez lewicowy bełkot w sieci i napił się z żyjącym Johnem Lennonem mleka. 

I na koniec Sokrates podsumował: 

- Bóg…. To jakby jest, ale tego jakby nie ma… 

I George Harrison, czyli inaczej Jezus Chrystus wydał z siebie klamrę kompozycyjną: 

- Miłość stała się zimna, choć mogłaby ona zbawić nasz świat. I gdyby tak ludzie myśleli, bo nie myślą od lat. I czytelnik to przeczyta, a wróci do swojego świata. Nie zawsze był dobry twój wujek, twój tata. Ale mi to lata. 

No i na koniec końców przemówił Bóg: 

- Dostaną idioci w dziób. I roztopi się lód. 

Oto słowo Pańskie. 





Komentarze

Popularne posty